schuldig blog

Twój nowy blog

nu

6 komentarzy

Absolutnie bezsensowna notka, żeby blog nie umarł, bo jak zdechnie, to mi będzie żal. Dziękuju.

ddddddd

4 komentarzy

żeby mieć motywację, trzeba mieć marzenia. takie, które dadzą szczęście. ja mam marzenia, ale nie mam motywacji, bo są z gatunku tych, które nigdy mi się nie spełnią. bez konkretnej przyczyny. po prostu nie. równie dobrze mogłabym marzyć o postawieniu nogi na marsie albo o tym, żeby sół była słodka. dlatego nie mam nic, czego bym chciała, a to, co mam może mi dać radość na chwilę, na moment. same substytuty. w gruncie rzeczy każdy człowiek ma tylko to, ale niektórzy się z tym godzą albo nawet nie wiedzą. też bym tak chciała.

…………….

Brak komentarzy

skalpel był zbyt tępy a ja nie czuję do siebie nawet obrzydzenia sądziłam że będę byłam tego pewna zostawił trzy szramy pieką nie bolą dziwny widok jak byłam mała to tylko raz schowałam się w szafie bałam się wyrywania zęba miała jakoś siedem może osiem lat rodzice nie spodziewali się tego i szukali mnie po sąsiadach dookoła domu nie pamiętam czy mnie potem znaleźli sama wyszłam może mnie okrzyczeli przytylili albo i nie nie wiem mam w tym miejscu dziurę w pamięci odkąd poszłam do trzeciej gimnazjum przestałam dawno temu liczyć ile razy to robiłam dziś siedziałam tam kilka godzin zamknęłam drzwi do pokoju od wewnątrz łyżką akurat leżała na biurkó biórko nie wiem sama siedziałam tam i histeryzowałam zawsze jak tam wchodzę do odruchowo sprawdzam czy po drugiej stronie na pewno jest ściana może jeszcze wierzę może nie zawsze marzy mi się że chociaż razam zamiast zimnego tynku znajdę drugie drzwi a za nimi złą królową która zamrozi moje serce albo chociaż śmiesznego człowieczka z raciczkami zamiast stóp który zostanie moim przyjacielem i będzie tam latarnia i dużo śniegu mógłby być nawet aslan chociaż nigdy go nie lubiłam bo miał głupie imię ale jest tylko ściana jakby były drzwi i tak nie byłoby za nimi innego świata nie byłoby nawet hogwartu i voldemorta najmniejszej planety na której wyrosła róża dwóch małych chłopców kąpiących się nago w strumyku który płynie w książce stojącej między smakiem świeżych malin i aleksandrem wielkim plecaka włóczykija filipy zamieniającej się w sowę boiska do gry w nogę przez które biegie się trzy godzin żeby i tak nie dobiec do bramki księżyca z pięknym pałacem i nie potrafię napisać więcej bo marzenia sprzed lat to jedno a te obecne są tylko moje zbyt żałosne zbyt własne nie dam ich nie pozwolę nie miałabym już nic chociaż są nierelane nie chcę innych nie zależy mi chociaż nigdy tego nie będę mieć uśmiechów które widzę w wyobraźni słów które słyszę w głowie tak dobrze znam brzmienia głosów gesty uśmiechy i łzy a nigdy ich nie będę mieć chociaż wiem że dałabym radę to udźwignąć mogłabym mieć wtedy jakąś wartość jakiś sens mogłabym chcieć a nie chcę po prostu nie chcę nie tu i teraz tylko wcale ogólnie gdybym chciała to byłoby mi lepiej mogłabym próbować mając cel ale nie mam i nie chcę mieć nie mam na to siły woli tylko wyrzuty sumienia bo krzywdzę ludzi a oni ciągle ode mnie czegoś chcą stawiają wymagania mam wstawać rano mam czuć się dobrze mam być szczęśliwa mam sobie radzić w życiu nie pozwolą mi się dołować nie pozwolą być sobą i myślą że ja tego chcę tak naprawdę to tylko dla nich i tego nienawidzę wsparcia rad wspólczucia tego że komuś na mnie zależy bo to egoistyczne każda przyjaźń jest egoistyczna każda cheć pomocy ma swój cel chociaż się tego nie widzi zaprzecza nienawidzę tego ludzi wszystkiego i nie żałuję ale będę jak tylko pomyślę o tym że kogoś krzywdzę ranię że nie umiem sprostać prostym wymaganiom nie płacz bądź silna idź na wykłady idź do sklepu wyjdź z szafy to za dużo nie mało nie proste to ja i ja i tylko ja nie oni nie wy nie ty i nie chcę tych ciągłych wymagań które niby nic nie znaczą niby są dla mnie a ja ich nie chcę oddaję prezenty odsyłam wyrzucam chcę spokoju do szafy łez i bólu bo jak jest ból to jest lepiej jak przstaje boleć boli co innego i jest gorzej nie mogę znieść głosu w próżni śmiechu i tego że i tak nikt nie zrozumie i tego że będzie się może starał a ja mam to gdzieś a nie mogę mieć gdzieś to jak kajdanki klatka to nie ja gdzie do cholery jestem ja to takie żałosne skalpel był tępy drugi też to śmieszne nienawidzę siebie nie za to za was to nie ja sprawiam że siebie nienawidzę zabawne prawie żałosne głupie śmieszne zabawne

layout

3 komentarzy

BoA – Amazing Kiss

Layouty, jak widać zmieniam zgodnie z porami roku. Cud, że w ogóle to robię i że nawet piszę notkę, żeby powiedzieć, że layout zmieniłam, jakby nie było widac ;) To wszystko dlatego, że tamten po miesiącu wydawał mi się paskudny, a co dopiero po całym lecie wchodzenia tu raz na dwa tygodnie, a poza tym generalnie miałam ochotę zmienić laya gdziekolwiek, a w opcjach miałam wyłącznie LJa, skąd mi się nie chce póki co ruszać Cindy’ego. Na layoucie oczywiście BoA, pod piosenkę, której aurat słuchałam. Prosty, ale wg mnie całkiem ładny. I kocham ostatnimi czasy taką kolorystykę niezmiernie. Mamo, czy ona nie wygląda OH SO KYAAAAA~~~ na tym zdjęciu? *mdleje* Mam ochotę na kontynuację wczorajszego maratonu live’ów do My Name, które i tak już znam na pamięć. Mój ulubiony to ten, gdzie śpiewała też Sparka (och, jakby ona prawie zawsze nie śpiewała Sparka z My Name _^_) i The Love Bug z m-flo. *pisk*

Jestem chora, chora, chora i źle się czuję. Kto mi kupi Kibuma na pocieszenie? *blinks*

No i, tego, chciałam podziękować za poprzednie komensty… ^^;

BoA – Milky Way

Mam ochotę to z siebie wyrzucić, ale sama nie wiem, jak, czy jest sens i po co, bo wiem, że po prostu wracam do swojego normalnego trybu, szufladki w mózgu, które na czas wakacji się zamknęły nagle powyskakiwały wszystkie na raz i znów jest po staremu, czyli źle, tu, w głowie, bo w życiu pewnie tylko trochę kiepsko i, i, i w ogóle… Zacznijmy od tego, że nie mogłam spać w nocy. Jak już zasnęłam, to się zerwałam po 5. Naoglądałam się rano Bułki i Suju, po raz kolejny stwierdzając, że Kibum w U jest OMG. No, tak po prostu OMG, bo nie wiem za bardzo, jak fangirlować Kibumowi, o ile w ogóle. On jest zuy. Takie małe, pozornie niewinnie wyglądające dziecko, a w rzeczywistości true zue i doskonale wie, że mi się kolana na jego widok w U uginają, ale poza klipem to już średnio, bo wygląda, jak mały, czarny miś, acz przyznam, że w klipie do Dancing Out… dobra, czemu ja u diabła bawię się w fangerla teraz? Ach, fakt, odrzucam złe myśli na rzecz zastąpienia ich zuym Kibumem. Mogę jeszcze powiedzieć, że Kangin jest awwwwwwwwww, Cindy to ‚Mamo, tato, żenię się, a to moja dziewczyna, ma na imię Cindy i tak w ogóle, to czy może pożyczyć lakier do włosów, bo zapomniała swojego z Korei?’, a EeeTeuk SPAZM SPAZM SPAZM. I ten Siasia się przypadkowo właśnie na winampie włączył. All Rise~ PRZYPADOWO. ‚Q’ klikało na Bi, bo właśnie odkryłam, że Bi jest zajebiście angstowy, ale chyba za mało klinęłam ‚q’ (kukukukuku?) i… nie, to zły moment na orgazm. Jeszcze tylko zerknę na te nowe foty z jakieś konferencji, gdzie ma eye-liner, a to działa na mnie, jak afrodyzjka pierwszej klasy~~ For Yamapi’s sake, gdzie mój angst? Ach, tu, już wyjmuję z rękawa. Dobra, to jest własnie mój nastrój. Mam ochotę zacieszać. Mam tyle powodów do zacieszania, że mi się w głowie nie mieszczą, nie wyrabiam z tym zacieszaniem wręcz. Chcę być radosna, skakać, biegać, piszczeć i fazować na byle głupotę. Na każdego empecza z winampa, każdy klip, dramę, foty, cokolwiek, czyjekolwiek, jakkolwiek. Ale nie mogę, bo wszystko, wszyscy i wszędzie, jak na złość, chcą, żebym się schowała pod biurko i płakała. Jak za starych, dobrych czasów. Które całkiem nieźle pamiętam, zaręczam. Nie, żebym była zaskoczona, że wróciłam z tego zakończenia taka. Nie oszukiwałam się nigdy, że ze mną jest okej, że nie mam już problemów i że będzie dobrze. Teraz mogę sobie wmawiać, że się rozkręci i będę sobie radzić, ale nie pamiętam, kiedy ostatnio radziłam sobie z czymkolwiek, a co dopiero z życiem i swoją edukacją na czele, więc długo raczej nie wyrobię. I tak się jeszcze trzymam (czemu kurde mojego folderu z mp3 Jolin ZAWSZE włącza się na shuffle ta piosenka, której NIE trawię, co?), próbuję nie płakać, od czego boli mnie głowa i nie krzyczę. Jeszcze nie zaczęłam znów się nienawidzić, póki co balansuję na granicy, ale spadnę, spadnę, don’t worry. Mam dziką ochotę, żeby pójść sobie jutro, zmiast do siebie, odwiedzić wydział psychologii i powiedzieć im, że ich kurwa wszystkich nienawidzę i że jeśli czują się naprawdę powołani do tego zawodu, to mogą już teraz się masowo zabić, ja im pomogę, bo na wiele więcej nie zasługują, a jeśli trafili tam z przypadku, to niech uciekają na bezrobocie, na dobre im wyjdzie. Patrzą na ludzi z góry, wmawiają im, że są niezbędni, a tak naprawdę zostawiają ich samym sobie, fuck, rozpłakałam się. Mogłabym się spokojnie rozsypać, gdybym miała dość siły, żeby znosić pytania, spojrzenia, niezrozumienie. W liceum było fajnie, bo ktoś się przejmował. Nikt nie rozumiał, ale przynajmniej… przynajmniej nie wiem co. Tu mam być dorosła, odpowiedzialna za siebie, kiedy ja nawet o kwiatka nie umiem się zatroszczyć dostatecznie, żeby mi po tygodniu nie zmarniał. Spoko, będzie zaciesznie.
Rozpoczęcie na uczelni trwało za długo. Od 9:30 do 13 i nie dowiedziałam się na nim nic. Nic, co tylko nie zamieszałoby mi w głowie. Ach, nie, wejt, wiem, że na pewno mają nas tam gdzieś i im z tym dobrze :D Na każde pytanie zadane przez kogoś z grupy odpowiadali, że w sumie to nie wiedzą i to olewali, a poza tym powiedzieli mniej więcej tyle, że ta 3-letnia polonistyka, to tegoroczny eksperyment i w gruncie rzeczy oni się ledwo orientują w jej założeniach. Czy do cholery, jak się decydowałam, żeby tam iść, to nie dlatego, że mi urocza pani powiedziała, że 3-letnia jest lepsza, stabilniejsza i bardziej dopracowana?! I że łatwiej po niej o pracę? Nooo, a dziś, dziś, dziś okazało się, że do końca tygodnia mamy wybrać specjalizację między nauczycielską i edytorską. I nie można jej potem zmienić. I jak się babka spytała kto na nauczycielską, to zgłosiła się jedna laska, na co kobieta, że nas nie rozumie, bo po nauczycielskiej pewnie pracy nie znajdziemy, a po edytorskiej to cudem, jak mamy znajomości. DZIĘKUJĘ. Ah, i jako że jest nas chyba 25 osób, to nie będziemy mieli dowolności wyboru fakultetów (a mamy mieć w tym roku po dwa dodatkowe fakultety, SUPER! jak się, do cholery, cieszę!), bo minimalna grupa na fakultet to 30 osób, a nas jest mniej, więc pojdziemy wszyscy na to samo i mamy między sobą ustalić. YES. Słodkie jest też to, że może i nie mam sesji zimowej, ale w letniej mam, jeśli dobrze policzyłam, 5 egzaminów. Szkolenia biblioteczne nie mieliśmy, bo bibliotekarka kazała nam tylko wypełnić druki i uznała, że sobie poradzimy. Moja playlista chce mnie wkurzyć, bo Asu wa kuru kara akurat jest dołujące, bez dwóch zdań. Naprawdę nie chce mi się pisać dalej o innych fajnych rzeczach. Ale są dobre dwie rzeczy. Pierwsza to taka, że Setsiak jest kochany. Druga, że spotkałam mamę przyjaciółki z gimnazjum, która jest uroczą osobą i podwyższyła mi samoocenę 10 minut mówiąc mi, jaka jestem śliczna, jaką mam nietypową urodę i jak ona najlepiej mnie pamięta dzięki temu zawsze xD Kawaii~ Jutro pierwsze prawdziwe zajęcia. Może uda mi się wrócić do domu, nie pójdę się ciąć po drodze ani skakać z dachu. Może być dach budki na przystanku.

Ważne, na koniec – BoA is LOVE.

dddd

1 komentarz

P!nk – Just like a pill
Wróciłam z Malborka i jestem zachwycona. Wyruszyłam z Gdańska kolejką o 9.40 i wróciłam tą o 14.47. Godzina jazdy, 20 minut na dojście do zamku 3 godziny zwiedzania. Pojechałam, bo nie miałam nic lepszego do roboty, a chciałam zrekompensować mamie szybszy powrót z Zakopca i trochę rozerwać ją, skoro już miała urlop, a okazało się, że wyprawa przewyższyła parokrotnie moje oczekiwania. Po pierwsze – zamek był o wiele większy, niż myślałam. Przejeżdzam koło niego pociągiem kilka razy w roku, ale zawsze sądziłam, że jest o wiele mniejszy. Podczas zwiedzania wcale jednak nie odczułam, że przemieżyliśmy tyle sal, schodów i korytarzy. Dopiero teraz czuję, że bolą mnie nogi, ale to pewnie głównie dlatego, że wróciło mi uczulenie. To jednak nie mogło być od czegoś co zjadłam lub piłam… Chyba. Kurcze, w tej chwili sama już nie wiem, bo tuż przed wyjazdem ja kupiłam nowe buty, a mama wyprała kilkanaście par skarpet w nowym proszku czy płynie, not sure. Doszłam dziś do wniosku, że albo jedno, albo drugie, ale teraz olśniło mnie, że w oba dni piłam Nestea… Tylko czy można po tylu latach picia tego samego napoju nagle dostać na niego uczulenia? Sama nie wiem. Jeśli tak, to… to… jak ja mam żyć bez Nestea?! T_T To jakby mi odebrać sok kaktusowy z Tymbarku, herbatę i gorącą czekoladę! Eee… to zabrzmiało dziwnie, ale picie to sens mojego istnienia. Erm, okej, to zabrzmiało jeszcze dziwniej. Okej, z drugiej strony od butów też nie chcę być uczulona, bo są ładne, fajne i wygodne. I to pierwsza para, którą kupiłam po ilu? 3 latach? Może 2, nie pamiętam od kiedy mam moje obecne glany. Trochę wcześniej kupiłam sandałki i moje skórzane bordowe buciki z wysuwanymi języczkami. Więcej butów nie posiadam. No, chyba, żeby policzyć kapcie góralskie i mokasyny na bardzo-specjalne-i-nielubiane-okazje. O, mam też japonki na plażę… Czy ja już mówiłam, że rzadko kupuję buty? Ostatnio widziałam prześliczne czerwone buciki, takie płaskie, z ogrągłymi czubkami, białymi niteczkami i guziczkiem, ale kosztowały 200 złotych. Mama powiedziała, że mi kupi, ale dla kogoś, kto uważa, że buty powinny służyć conajmniej dekadę, to lekka przesada taka cena. Swoją drogą zabawnie się złożyło, że moja mama ma stosunkowo dużą jak na kobietę nogę, a moja stopa jest malutka. Pamiętam, że jak byłam znacznie młodsza mama kupiła mi adidasy. Rozmiar 39, bo doszła do wniosku, że noga mi urośnie szybko. To było w podstawówce. Ani noga, ani ja więcej nie urosłyśmy. W butach nadal pływam jak w kajakach. No nic. Wracając do Malborka, to jestem zauroczona. Przewodnik był młody i fajnie opowiadał, wystawy ciekawe (uparłam się szukać facjaty Korybuta Wiśniowieckiego na monetach xD nie lubię kolesia, ale coś mnie naszło i jeszcze opowiadałam mamie o moich Żydach. biedaczka.), zwłaszcza ta z bursztynami. Sam zamek – ach. Prześliczny, przecudny i pachnący. Tylko za ciepło. W zamkach powinno być chłodno, damn it! Co to miało być za ogrzewanie! Po kiego Yamapa ubrałam koszulę z długim rękawem i smarzyłam się w zdecydowanie nie-bawełnianej bluzeczce pod spodem?! Argh. Ale było super *_*

Statement – zostanie fangirlem P!nk zajęło mi tydzień. Muszę sobie koniecznie przypomnieć, dlaczego tak bardzo nie lubię wulgarnych i agresywnych amerykańskich piosenkarek, bo inaczej będzie ze mną źle. …nie, wait. Już jest źle. Jeśli ściągam fotki, albumy i oglądam po kilka razy dziennie jej klipy, to znak, że jest bardzo źle. Oh my fuck. P!NK *___*

SNoW ma na koncie 3 single. Tenjo Chiki wydają w lipcu 4-ty singiel. To oznacza albumy. Prawda, prawda, PRAWDA? *puppy eyes w stronę ich wytwórni* To niesamowite, że mam chrapkę na dwa debiutanckie albumy na raz. Ja je po prostu MUSZĘ mieć. Oczywiście Tenjo Chiki w pierwszej kolejności. Trzeba wspierać dziewczynki z biednej prowincji. Nie obrażając ojczyzny Bułki. Ja się naprawdę z Koreą solidaryzuję. To taka azjatycka Polska, I swear. Zresztą, TC prędzej wydadzą album z DVD, a ja jestem łasa na dodatki. Jak dotąd single były z DVDkami i… oficjalnie nienawidzę ludzi, którzy kupili limitkę Boomerang’a, bo jeśli Do You Know? nie będzie na albumie, to zginą śmiercią tragiczną. Nie kupię singla tylko dla b-side’a. Tsk. Nawet jeśli piosenka jest genialna, a wokalistkom ładnie w mini spódniczkach. Gdyby miały shorty, to co innego. Shorty to potęga. Na Yamapa, czy ja wszystko muszę sprowadzać do Bułki? …Dobra, przemilczę to. Chcę już nowy singiel. I PV. OMG, CHCĘ. Bo cover image jest HOT. Dlaczego jak już polubię jakąś koreankę, to się kończy albo wydawaniem pieniędzy, albo obsesją, albo i tym, i tym. Younha – kasa. Song Hye Kyo – obsesja. BoA – kasa i obsesja. Oh my fuck. I love her.

Muse – Time is running out
Emergency! Emergency! To znaczy było, bo już nie ma. A może i jest, bo jest punkt 9 rano, a tam łubudubudu. Sąsiedzi coś piłują, a może roboty drogują, nie wiem, w każdym razie hałas niemiłosierny i zamiast spac do południa spałam do rana. O zgrozo, to wyspana jestem i bardziej od tego DRRRRRRRR!!!!! przeszkadzają mi spalone ramiona. Zasada numer jeden na letnie wakacje – nie drzemaj na słońcu. Anyway, było emergency. Otóż zaczęło się od tego, że wyjechałam. Tak, każda historia się tak zaczyna. Albo ktoś wyjeżdża, albo wraca, albo umiera. W tym momencie można wstawić długi, przeciągły pisk właścicielki bloga. O ile słuchacz dobrze nadstawi te dwa odstające po bokach głowy i nie skojarzą mu się w trakcie tej czynności z Monchichim, co go bardzo rozproszy, będzie miał szansę dojść do słusznego wniosku, że owe wspomniane piski układają się w pieść pochwalną dla Spidera. Czasem historie zaczynają się też od tego, że księżniczka staje się pełnoletnia i… You know the story. W każdym razie wsiadłam w pociąg o 7 rano. Chwała Yamapowi, że tegoż dnia nie bylo pociągu o 5.50, bo mi się nie uśmiechało wstawać. Co to, to nie. Zapakowałyśmy się do przedziału i odkryłyśmy radośnie, że do Wawy przedział mamy pusty. Rozgadałam się straszliwie i nawet przez szybę widziałam lisa! I sarnę, i krowy, i inne takie. Dużo pól rzepaku. Rzepak to brzydka nazwa, ale jak go widzę, to się rozpływam. Jest taki… ŻÓŁTY. Ach. W Warszawie, stolicy tłoku i ciasnoty przedział zapełnił się parą Hiszpanów (chociaż mama zarzeka się, że to byli Węgrzy, ale w sumie, to nie jest pewna, więc mogli być nawet Chorwaci), jednym piłkarzem (to widać, ja wam mówię, że to widać. ubrany jak piłkarz, przez telefon o meczach nawija, a na stoliku pęk gazet piłkarskich. no, i mu tak z gęby patrzyło…) i jednym stosunkowo miłym do wgapiania się osobnikiem. W Krakowie przeskoczyłyśmy na bus, ja przeskoczyłam na gwarę małopolsko-góralską (to straszne, co się ze mną robi, jak pojadę na południe, bo nawet nie zauważę, kiedy zaczynam zupełnie inaczej akcentować zdania i mówić np. łowiecie, zamiast owce!) i pomknęłyśmy ku Limanowej. Zastałyśmy tam kuzyna, bo Ania poszła na wesele koleżanki, a cała reszta rodzinki w rozjazdach. Później się trochę zapełniło, bo i ona przyszła, i jej chłopak Piotrek, bardzo fajny zresztą, a potem to już poszło z górki, bo wywołałyśmy lawinę, czyli innymi słowy zjazd rodzinny na Kisielówce (gdzie przyszła na świat moja rodzicielka). Na Kisielówce zrobili wreszcie asfaltową drogę w tym roku, a ciotka z wujkiem rozbudowali dom i mają teraz werandę. A rodziny było tyle z różnych stron świata i Polski, że mi się w głowie zakręciło! I dobry kompocik wiśniowy był. Super, jednym słowem super, acz męcząco, zwłaszcza, że wcześniej jeszcze cmentarze zaliczyłam. Następnie udałam się do Krakowa. Udało mi się tylko spalić ramiona na wiór na Gubałówce i trochę pospacerować, niewiele niestety, kiedy to nogi napuchły mi jak beczki, pojawiły się czerwone, swędzące plamy i Zakopanemu musiałam powiedzieć ‚baibai’. Damn it. Jakieś uczulenie, albo co. Mama, jak to mama, spanikowała i przywiozła mnie do domu. Może i dobrze, po co marnować kasę skoro z takimi nogami i tak nigdzie bym nie poszła, ale z drugiej strony chciałam na Kasprowy, do Strążyskiej… Tak narzekałam, że jadę, bo i nie chciało mi się jechać i chyba wykrakałam. Głupia ja. I wściekła jestem, i smutna, i niezadowolona. Po primo, bo ja chciałam po górach pochodzić, po drugie, bo mama… Ja wiem, jak to jest. Ja się czuję Gdańszczanką. Mała patriotka lokalna, nazwijcie to jak chcecie, ja się tu czuję jak w domu. I nie ważne gdzie by mnie wywieźć – mogę sie zachwycać Paryżem, Londynem, Skandynawią – tu mi będzie najlepiej, najładniej, najczyściej, idealnie. A mama mieszka tu mniej niż połowę swojego życia i wcale nie odczuwa, że należy do tego miejsca tak absolutnie i dogłębnie, jak ja. Ona jest tak samo stąd, jak stamtąd i dlatego mi przykro, że jakieś głupie uczulenie musiało to popsuć. Damn it. No nic. W pociągu powrotnym przeżyłam koszmar swojego życia. Mało tego, że miałam napuchniętą i swędzące nogi, że byłam padnięta i niewyspana, że był ukrop i duchota, to jeszcze była BABCIA. Od babci po 20 minutach podróży dowiedziałam się, że ma 87 lat, że świat to gnój, że jestem ładna, że ona to z Tczewa jest, że wszystko co dobre jest dzięki komunie, że niebezpiecznie jest młodej dziewczynie samej jeździć, że ona na jedno oko nie widzi, że chłopy teraz to same chuligany, że gwałcą i okradają, a jak coś, to mordują, że expresami jeżdżą inteligentni ludzie, że mam się tyle w komórkę nie gapić, że farbowane włosy i długie paznokcie są złe (o ironio, ja swoje po miesiącu hodowania ścięłam 5 dni temu, bo mi się jeden złamał, byłoby śmiesznie, gdybym miała takie, jak zwykle), że najlepiej wyjść za chłopa ze wsi, że jest AIDS i ludzie na raka chorują i że… Opowiadać dalej? Głowa mnie od samego wspominania rozbolała. Jeszcze byłam podrażniona, niezadowolona i spocona jak mysz w piecu. Miałam wrażenie, że jadę 70, a nie 7 godzin. A, i jeszcze dodam, że autobus miał opóźnienie godzinne i byłyśmy w Krakowie o 11.55, a pociąg odjeżdżał punkt 12… Uroki tamtejszych PKSów. No, i jestem w domu. Obolała i nie do końca zadowolona, ale chociaż łożko mam własne. I hałas swojski, bo miejski. Mówiłam, że chcę pod wodospad do Strążyskiej? Kurcze.

A za chwilę ściągnie się Ouran~ Obiecałam tacie, że jeśli pozwoli mi zostawić kompa włączonego na wyjazd, to wyłączę go na noc po powrocie i tak też zrobiłam. Teraz jest za piętnaście 10, z płyty naprawdę leci mi Tatu, to żadne złudzenie, a ja ściągnęłam juz zainstalowanym wczoraj e-mulem kilka piosenek Pink, co też nie jest złudzeniem i nastawiłam Ouranka. O, spadło do 25 minut. I 35% ma. Nya. Na drogę nagrałam sobie audioszki i maltretowałam swoje części składowe ucha, które kiedyś się zbuntują i mnie opuszczą (bilety na letnią wycieczkę kupione w zimie są o ponad połowę tańsze, jak donoszą Wiadomości na TVP1)…. O, Time is running out mi się włączyło~ O czym to ja? Ach, tak, nagrałam audioszki. Oczywiście Bułkę, bo bez Bułki ani rusz, ani w prawo, ani w lewo, ani w przód i taki sobie mixik. I w tym momencie w główce mej zrodziła się myśl, że trzeba mi znów ograbić sieć z muzyki zachodniej (aczkolwiek te Tatu się nijak mają do Zachodu… xD;). Już ostatnio ściągnęłam część dyskografii Offspringa i Marysia mi doniosła dyskę Placebo i trochę albumów innych, bo jednak jak się już ma dużo mp3 i tak random, to jest źle, a łatwiej ściągnąć, niż układać albumami, nie? Postanowiłam, że pościągam trochę teledysków mej podstawówkowej młodości (Otherside RHCP is a MUST), bo tylko wtedy się orientowałam w tym co leci na MTV i wtedy zaczęłam słuchać kilku zespołów, które nadal mi się gdzieś tam w główce zakołatały. I wtedy debiutowała Aguilera! E, znaczy, khem, no tak, czy ja znowu sobie Fightera przełączyłam? Debiut Pink też pamiętam. Yamapie, ratuj. Znaczy – ja robię eksperyment. Bo jak dotąd podobają mi się dwie piosenki Aguilery. Ta jej debiutancka – Genie in a bottle i właśnie Fighter. Dziewczyna, chociaż patrzeć się na nią nie za licho, ma niezły głos, więc postanowiłam spróbować, może coś jeszcze ciekawego i zdatnego do słuchania odkryję. Dwa kawałki Pink też mi niezmiernie przypadły do gustu. I wreszcie ściągnęłam sobie tę ich wersję Lady Marmalade~ O, muszę odnotować, żeby ściągnąć klipy All Saints, ale to był offtop. I ten taki fajny Mel C i tej laski z… Argh, już nie pamiętam, nie ważne, znajdę. Generalnie odkryłam, że mam skłonności do gustowania w feministycznych piosenkach. Feministka ze mnie żadna, ale jako pokolenie Spice Girls… Okej, okej, zakrztusiłam się. Znów Time is running out leci, przypadek, słowo daję. Ale coś w tym jest. O, kolejna rzecz do odnotowania, to że trzeba zassać Don’t say a word, bo w tym filmie Brittany Murphy była jednak najbardziej hot. Nawet Shellie z Sin City nie przebije Elizabeth. Chyba. Poczekamy do 2007 *grins* Muszę sobie koniecznie przypomnieć, kiedy zaczęłam lecieć na amerykańskie blondynki… Kompletnie straciłam wątek. Jednak po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że nudne piosenki są niewymownie w moim stylu. Mogłabym podać całą listę nudnych obiektywnie piosenek, do których subiektywnie się modlę. I coraz bardziej się cieszę na moją playlistę. Wychodzi ze mnie, jaka jestem kompletnie nie posegregowana muzycznie. I cieszy mnie to, cieszy, sesese.

Ach, jeszcze miałam popisać o walorach estetycznych wyjazdu. Otóż o przyjemnym z gęby kolesiu z przedziału już wspomniałam, tak? Ale jak jechałam do Limanowej… Na widok stworzenia, które się dosiadło do busa… szczęka mi opadła i łapki zdrętwiały. Jak kupował bilet i widziałam tył głowy, to wystarczająco urzekły mnie blond kręcone włosy (damn it, mam fetysz na loczki… na ich brak też mam fetysz. i na rude włosy, i czarne… ale blond loczki są takie śliczne! <3), a jak się ku mnie twarzyczką odwrócił, to po prostu… Takie stworzenia powinny mieć status skarbów narodowych! Niestety moja narastająca miłość została obcięta *CUT!* przez mój przystanek. Następnie w Zakopcu na Krupówkach potknęłam się o siebie, tak szyjkę wykręcałam. Chłopaczek, chyba młodszy ode mnie ze 2 lata, był bardzo w typie Boyda Holbrooka, czyli mocno w moim typie. I jeszcze młodszy, to już w ogóle. Następnie w Sphinxie obsługiwał nas bardzo również miły dla oka. I jeszcze znów jakieś miłe stworzenie, także lokowane, z tym, że w odcieniach ciemnego brązu brzdąkało na ulicy. Jednym słowem pogrom Ajeciana. Jak na ironię bilans ładnych dziewczyn wyniósł zero. Z czego wniosek, że na północy mamy ładne laski, a na południu mają fajnych facetów. Z czego wniosek, że skoro nie planuję się przeprowadzać, to jednak zostać lesbijką, dla czystej wygody, to jedyna opcja. A za tego Boyda to wybiję pół fandomu HP. Słowo daję, irytowały mnie te ich skłonności do wynajdywania ‚older versions’ bohaterów wśród różnych sławnych ludzi, po zobaczeniu stu wersji Pottyego w wieku lat 20, 25, 30, etc po prostu mnie głowa rozbolała z niesmaku. Choć w sumie to tylko Aoife powinna cierpieć. Nie dość, że pod dobrowolnym przymusem czytam przez jej evil geniusz rzeczy, których w normalnych warunkach bym nie tknęła (tak, widzę warning ‚character death’, patrzę na autora, widzę – o, Aoife! i uśmiech na twarzy murowany… xD honestly, nikt tak – insert słowo w jakimkolwiek języku, który potrafiłoby opisać jak – nie zabija Draco *shivers*), nie dość, że ma genialne ikonki („This is my ‚just shagged Potter’ look” wymiata!), nie dość, że mnie rozpieszcza, to jeszcze… To jeszcze nawet nie wie, że zaraziła mnie jakimś erotycznie anorektycznym (czytaj – akurat w moim typie) modelem T_T!! Który wcale nie przypomina Draco, ale jest prawie równie boski! W celu przekonania się polecam skopiowanie i wklejenie imienia i nazwiska do googli. I jeszcze jedno HP RPS FOR LIFE! *_______*

Obejrzałabym sobie znów Y Tu Mama Tambien. I chcę zimnej kąpieli, ale Ouran ma pierwszeństwo, bo już się wieki temu ściągnął.

To co leci, kiedy wklejam notkę, to czysty przypadek. Natomiast wiercenie, łupanie i trzaskanie trwa.

Muse – Time is running out
Chyba od tygodnia zabierałam się za tę notkę i w sumie, jak zaczynam to pisać, to nie wiem nawet czy zechce mi się skończyć. Ale wiem, że chce mi się pisać, cokolwiek pisać, a pisanie maili to zbytni wysiłek, na pisanie fików nie mam weny, a LJa mam serdecznie dość. Gdyby nie fakt, że jak dotąd większość wakacji spędziłam spotykają się z ludźmi, to bym rzekła, że robię się ‘anti-social’, bo MSNa nie włączałam od ponad 2 miesięcy i generalnie jakiekolwiek interakcje on-line wychodzą mi bokami. Doszłam akurat do momentu, kiedy bokami wychodzą mi kontakty z ludźmi, których i tak nigdy na oczy nie zobaczę. Wydaje mi się, że znów jest trochę bitchy, tak kompletnie wszystkich i wszystko olewając, ale jakoś nie umiem specjalnie się tym przejmować. Chociaż to przykre, kiedy tak ze mnie wychodzi, jak bardzo mi zależy. Taa. Co nie zmienia faktu, że miałabym ochotę zawrzeć jakieś nowe znajomości. Z tym, że w obrębie mojego własnego kraju. Nie wymagam za dużo, nie? W takich chwilach brakuje mi tego, co było 2-3 lata temu. Kiedy wszyscy regularnie pisali blogi, poznawali się. Pewnie, że mało z tych znajomości/przyjaźni przetrwało, ale czasem warto poznać 30 osób, żeby znaleźć wśród nich jedną wartościową i bliską, nie? Możliwość rozmawiania tylko przez komunikator albo coś w tym stylu sprawia, że niezależnie od tego, jak mocno uwielbia się osobę, z którą się gada, to te relacje są takie… suche. Nie wiem, w którym momencie doszłam do takiej konkluzji, ale nie potrafię się od niej opędzić. Ktoś kiedyś mi powiedział, że różnica między przyjaźnią, a miłością polega na tym, że przyjaźń nie wymaga bliskości fizycznej (um, nagle dotarło do mnie, że to brzmi, jakby chodziło o sex… modlę się do guru Monchichi’ego, żeby to była tylko moja podyktowana obsesją (tak, wszystko kojarzy mi się z Draco, tak, nawet kanapka z masłem, parada równości, program telewizyjny, szczotka do włosów i krem na dzień! tak, odczułabym dziką przyjemność, gdybym napisała jedno-zdaniową notkę na LJu tylko po to, by w ‘current location’ wpisać sobie Slytherin Sex God’s Bedroom!… znaczy *blushes* Slytherin Common Room, oczywiście) reakcja na to z zamierzenia niewinne sformułowanie), ale czy ja wiem, czy to prawda? To dziwne, że zaczęły mi się w głowie pojawiać takie myśli i wątpliwości, ale z drugiej strony co złego jest w tym, że naprawdę wolałabym móc spotkać się na żywo z moimi znajomymi i że fakt, iż to niewykonalne odrobinę osłabia mój entuzjazm. Ale – o dziwo – to wcale nie jest główny powód mojego ‘olewania’ znajomych. Właściwie to dość poboczny, bo w gruncie rzezy, to zwyczajnie mi się nie chce. W ogóle mało mi się chce. Ciężko mnie nawet zmusić, żebym coś obejrzała. Tylko Ourana oglądam dobrowolnie, ale czemu się dziwić, dziczeję przez tego durnego animca. Wciąż nie mogę się zdecydować czy wolę bliźniaków (fetysz, fetysz, fetysz~), czy Hani-senpaia. Co mnie lekko przeraża, bo nie wiedziałam nigdy, że ‘loli-shota type’ to MÓJ type, keke. Przerażam sama siebie. Ale nie tak bardzo jak wczoraj, kiedy torturowałam Setsa moją fazą i robiłam cały czas ‘Kuro~ Kuro~Kuro~Kuro~Kuro~Kurororo~Kuro~!’. Właśnie przyszło mi do głowy, że Kurorin brzmi równie fajnie, jak Kuroro. Hm, trzeba sobie zanotować. Anyway, o czym to ja..? Ouran! Oprócz tego jakoś nic innego nie chce mi się z animców, które ściągam oglądać. To i tak szok, że po ponad roku znów zaczęłam jakiekolwiek anime ssać. Dramy oglądam, kiedy Setsiak mnie zmusi. Znaczy, prócz tych na bieżąco, ale i te nie wszystkie zaliczam. Mam za to kilkanaście, jak nie więcej serii do obejrzenia, a palcem w bucie w tym kierunku kiwać mi się nie chce. Co nie zmienia faktu, że już z Setsem kilka rzeczy zaliczyłyśmy. Np. wreszcie dobrnęłyśmy do końca z Tiger&Dragon i obejrzałyśmy film i pierwszy sezon Water Boysów. SZOK. Bałam się tej serii, zaręczam, że się bałam. Męskie pływanie synchronicznie wydało mi się przerażające do bólu, a teraz co? PISK. Uzależniłam się. Nie mam bladego pojęcia czy fajniejszy był film, czy serial, ale wiem, że muszę jak najprędzej zacząć oglądać sezon 2 i ściągać speciala z Monchichim. God. Jeszcze niedawno Eita był ‘szotą z Orenji’, a teraz zyskał przydomek wzięty od japońskiej maskotki, która… Cholera, ja znów nie wiem. To jest jeż przypominający małpę, czy małpa przypominająca jeża? XD W każdym razie – GURU MONCHICHI NAUCZA! A w tym gejowskim filmie był gejowski wątek… To był szok tygodnia XD W gejowskich filmach zwykle nie ma gejów! Wtedy robi się niebezpiecznie, zaręczam, że bardzo niebezpiecznie. Nie dość, że biega ci tam 32 facetów w mikro kąpielówkach, to jeszcze sobie miłość wyznają. Osz. Wracając do szot, to teraz w Orencji jest już tylko jedna szota. Na Yamapa, mówiłam, że kocham Eitę i Satoshiego? <3 I mówiłam, że Eita i Miho Shiraishi będą grać w dramie z Ito Misaki i Kame? Ja chcę, żeby byli parąąąąą~;____; Olać Kazuyę i Misaki, mają mi zrekompensować to, że w Orenji Akane wolała Shoheia od Keity! Okej, nie, żebym nie fangirlowała temu pairingowi, ale… ale… Tak, dobra, wiem, że nie mam co liczyć na Eita x Miho T__T Um, czasem zadziwia mnie to, jak potrafię się podniecać hetami. Zwłaszcza w dramach. To aż przykre, że tak rzadko laszuję tam kogoś… A piszczę na Kuro x Tsurara… O! Właśnie! Eita x Shinohara! Muszę ściągnąć dalej Unfaira! Kij z kijem, że nie ma subu, że tam są skomplikowane dialogi i mogę się nie połapać, ale shy!Eita i naked!Shinohara to to, czego moja fangirlowska dusza potrzebuje. Chociaż w sumie nie odnotowałam w pamięci momentu, kiedy stałam się fangirlem Eity. Z Shinoharą to było love od pierwszego wejrzenia… x3 Dobra, koniec tego dobrego, hetom się nie fangirluje. Nie, nie, nie. Nie? Nie, czekajcie, to szło tak, że nie czyta się fików hetero, prawda? Ajecian się ich bał. Jeszcze miesiąc temu się ich bał, serio. Ale to było dawno i nie prawda. Nic się nie zmieni w kwestii czytania R lub NC17 het, jak przystało na 13-letniego fangirla yaoi (tfe, yaoice, tfe *fuka i marszczy brwi*), ale te tam takie Ron/Hermi… Tego i tamtego. To jednak jest OTP, zawsze było, nie? Więc nie powinnam się tak bulwersować! M, coś się sobie dziwnie genki dziś wydaję. A to błąd (blond? Draaaaco? *____*), bo mam okres, a jutro jadę w góry, chociaż mi się nie chce. Kompletnie. Wolałabym zostać tu i się dalej lenić. Fazować (Draaaaco~~!), opalać się, no… i tyle w sumie. Cały dzień drogi i łażenie do jakichś dolin jakoś mi się nie uśmiecha. A to dziwne, bo bardzo lubię. Tylko zwyczajnie nie mam ochoty. Jeszcze bardziej nie chce mi się jechać na jeden dzień do rodzinki. Scenariusz tego pobytu zwyczajnie mnie boli i przeraża. Tank sou very much, dziękuję, ja postoję. Mimo że ich też lubię. To miała być chyba długa notka, ale coś mi się nie chce pisać jej tak, jak to sobie ładnie zaplanowałam. Miałam sporo do napisania i o połowie rzeczy chociażby w jednym zdaniu napomknęłam, tak jakoś samo się zrobiło i skróciło telegraficznie. Poczytałabym sobie Serię Niefortunnych Zdarzeń, bo po Nieautoryzowanej Autobiografii znów wróciła mi miłość do trojaczków, poczytałabym więcej Gaimana, bo Chłopaki Anansiego kompletnie zawrócili mi w głowie (Spiiiiiider~! *piszczy*) i tylko potwierdzili moją teorię, że Gaiman jest moim literackim Bogiem Numer Dwa. Zaraz po Nabokovie. Mistrza nikt nie pobije, przepraszam. Kurcze, czemu zapragnęłam przeczytać Lolitę akurat, kiedy Fi pożyczyła? Jestem ciekawa jej wrażeń. Zwłaszcza opinii o Dolores pod koniec, hahaha. Wybieram sobie niewątpliwie ciekawe ulubione bohaterki literackie. I mam słabość do imienia Dolores~ Na drogę do pociągu wezmę chyba Mrożka. I muszę jakieś audioszki sobie zgrać. Koniecznie z *moją* piosenką. Ile to już czasu od kiedy Time is running out nie schodzi mi z playlisty? Godziny nie potrafię przetrwać bez tej piosenki. Poza tym maltretuję dalej Fightera Aguilery, trochę Offspringa, Placebo (ja chcę już Open’era!), RHCP, nowy album Upady, który jest OMFGZAJEBISTY, a kilka dni temu do playlisty doszło mi All the things she said. Nie, żeby to było Tatu, broń Yamapie. I Wander what next… xD Że słucham Bułki, to każdy wie, muszę zrobić sobie koszulkę z napisem „Proud Boa : holic”, bo w momencie, kiedy zapamiętuję fragmenty tekstu po koreańsku i nie łamie mi się na tym język, to już COŚ oznacza. Zaręczam. Mówiłam, że Draco jest cudowny? Tak, tak, to chyba tyle.

Notka sponsorowana przez mój 13-letni umysł fanki yaoi. Ino nie wiem co gorsze – pierwszy człon, czy drugi? Nie, najgorsza jest ilość pisków, wykrzykników, nawiasów i innych takich w tej notce. Ratunku, głupieję. Kuro?

Draaaaaacoooo <3~~~~

Kamaneshi Kazuya – Natsu no Owari
Nie powinno mnie tu być, ale jestem. Powinnam siedzieć na drugim końcu pokoju, na kanapie, tej samej co zwykle i czytać „Cudzoziemkę”. Dostałam spis lektur jakiś miesiąc temu, a wolałabym nie odpowiadać na pytanie, kiedy zaczęłam tę książkę czytać. Miałam wczoraj, miałam dziś rano, miałam po powrocie od fuu… No, miałam, ale tak jakoś wyszło, że o 21 zaczęłam… A teraz jest 21.40 i ja nie jestem nawet w połowie, bo jakoś mi się w trakcie, miedzy rozdziałem trzecim i czwartym sprawdzić LJa, pocztę i Sky’a. A między pierwszym i drugi dorzuciłam kilka piosenek na moją 7-piosenkową obecnie playlistę. Muszę to dziś skończyć, bo rano zajęcia, ale – - – potrzeba napisania notki okazała się silniejsza. Nie wspominając o tym, że im dalej od kaloryfera, tym zimniej. Lodówka istna. Kiedy ja się zrobiłam takim zmarzluchem? Moja mama nadal nie przyjęła tego do wiadomości i oczom nie wierzy, kiedy zęby szczękają mi z zimna, pojąć nie może jak to jest, że mam w łazience podczas kąpieli włączone dwa grzejniki, okno i lustro zaparowane, sauna istna, a ja narzekam, że mi przez szparę pod drzwiami wieje po plecach. I nie żartuję, bo jakim innym sposobem niezmiennie i celnie odgaduję, kiedy podczas mojej kąpieli otwierała na dole balkon albo okno w kuchni? Nawet poznać potrafię po intensywności nieprzyjemnego podmuchu. Komedia. Chociażby dlatego komedia, że do dnia, kiedy na PO tak strasznie zdenerwowałam się przed nieoczekiwaną odpytką, że zaczęłam szczękać zębami, nie dawałam wiary w to, że szczękanie zębami w ogóle jest technicznie wykonalne. Bo jak, czemu i po cholerę? Teraz już wierzę, wierzę we wszystko. Bo mimo iż siedzę przy tym grzejniku i polar mam na sobie, to rąk nie czuję. No i jak ten Pikpok mógł w tej lodówce wytrzymać…?
Oh, na ironię, pochłaniam nieludzkie ilości lodu w kostkach i jeszcze tej zimy nie miałam grypy. Regularnie co roku chorowałam przynajmniej 2 razy i to przynajmniej na tydzień uziemiona byłam z gorączką i niemożnością mówienia, a tu co – nic. Okaz zdrowia. Katar? Ból gardła? Gdzie tam! W ferie męczył mnie „kaszel gruźliczy”, ale nic z tego nie wyszło. Przyszedł i poszedł. Jak Yamapa kocham, niesprawiedliwość przeklęta. A ja, w swej przykrej małości marzę nie o czym innym, a tylko o tygodniu wypruwania sobie płuc i ciągłego tracenia przytomności. Choroba jest lepsza niż wakacje. Wypiera mózg ze zmartwień, problemów i depresji. Zmaltretuje cię, wydusi, przetrzepie i nawet nie będziesz miał czasu myśleć. Wyższa forma zaawansowanej wegetacji. Zastanówmy się – czy ja nie mam czasem dziwnych pragnień?
Właśnie. Pragnienia. „If only one, just one prayer could be granted, what would I pray for?”. Albo jeśli to nikomu nic nie mówi, to może chociaż „Moshimo hitotsu dake tatta hitotsu dake, kanaerareru nara nani wo inoru kana?”. Taaak, czy to nie piękne, że raz na jakiś czas wrzucam na winampa swój ulubiony zespół? (o, właśnie przyuważyłam, że mam podkładkę pod mysz do góry Subarem) Czasem trzeba, naprawdę, co by się nie zapomniało jak wyglądają, jak się nazywają, co śpiewają. Takie tam detale. ALE. (w ten dziwny sposób bardzo często zapisuję również angielski odpowiednik, dla przypomnienia dodam, iż brzmi on BUT(t?), a sporadycznie również SO. ale tylko wtedy, kiedy zapomnę zacząć zdanie od „anyway” albo „by the way”. w gruncie rzeczy rzadko) O czym ja to mówiłam? Dygresje są złe. Anyway, (znów to robię, znów! a nie mówiłam?) nie bez przyczyny na mojej ambitnej playliście umieściłam ten kawałek. Znaczy… tak szczerze mówiąc, to przyczyną był czysty przypadek, bo True Heart nie mogłam znaleźć *kaszle*, ALE to się nazywa DISTINI, jak nie inaczej. Bo mi się idealnie ów tekst wpasował w nastrój i tematykę przemyśleń. Byłam dziś u fuu i dzięki jej uprzejmości skończyłam oglądać Dragon Sakurę *kopie kompa* (kimi wo aishiteru~~~ gomen, tak, to też mam na playliście), czego na swój sposób żałuję. Pisałam kiedyś, gdzieś tam, czemu nie lubię kończyć oglądania serii. Nie będę tego rozwijać, jak ktoś nie wie, to niech ruszy głową, uda, że mnie zna i się domyśli. No, szit, piszę na tym blogu tyle lat, przewidywalna jestem jak o wiele bardziej niż odpowiedzi Yamapa w wywiadach („I don’t know” – jak mnie ucieszyło, kiedy sam zauważył, że często to powtarza. świadoma głupota zawsze była przedmiotem mojej fascynacji). Dorzucę do tego jeszcze fakt, że…zakończenia rodzą pytania i przemyślenia. Jako że myślenie i pytanie w moim wykonaniu to osobno trauma, a w połączeniu bomba atomowa, to zakończeń nie powinno mi się nigdy do łapek dawać. Jakie pytanie tym razem się pod moim zarośniętym łbem zrodziło? Zapraszam do początku akapitu, powtarzać się (świadomie) nie lubię. Cholera mnie bierze na moją własną beznadzieję. Nic mi się nie chce, zupełnie nic. Nie dalej jak dziś rano oznajmiłam sama sobie, że straciłam pasję dla książek. Tyle pozycji, które chciałabym przeczytać, a każda umiera dla mnie po dwóch pierwszych rozdziałach. Jakiś czas temu po raz pierwszy w życiu nie przeczytałam lektury w całości. Po połowie sięgnęłam po streszczenie. Myślałam, że się za to znienawidzę. Przeczytanie lektury to żaden mój punkt honoru. Ubodło mnie to, że sama przed sobą przyznałam, że coś co kocham mnie obrzydza. Słowa się przede mną zamykają, ja zamykam się przed słowami. Mijamy się. Nawet nie zmierzamy w swoim kierunku. Angielski? Pfff, meet my English teacher, that fuckin’ bitch. Po cholerę idę na anglistykę, skoro moją pasję można tak łatwo zabić? Historia? Haha. Long story. Zabawne jest to, że kocham polski. Mam tę specyficzną przypadłość, że książka lub inny zadany utwór może mi się dłużyć, nużyć mnie, może mi się nie podobać, wydawać głupi i nielogiczny, a z interpretacją nigdy nie będę miała problemu. Co potwierdza starą prawdę, że ludzie z papieru i pikseli zawsze będą mi bliżsi, realniejsi i bardziej zdatni do pojęcia niż ci dookoła mnie. Albo ewentualnie świadczy o tym, że moje inner self uwija się sprawniej niż bym tego oczekiwała. Kupię mu kiedyś czekoladę i postawię piwo. Tylko co to ma do moich marzeń? Jakich marzeń? Co ja jeszcze lubię? Lubię robić grafiki. Lubię i tyle. Ani one dobre, ani złe. Czasem ładne, czasem brzydkie i nic poza tym. Lubię pisać. Tak bardzo, że z zawiścią patrzę na ludzi, którzy piszą więcej, częściej, lepiej… I co z tego? Nic, zupełnie nic. Nie mobilizuje mnie do zamieniania tego w moje marzenie, do pisania, do tworzenia, do… do niczego mnie to nie pcha. Piszę, bo lubię. Piszę, bo kocham. I nic poza tym. Co ja jeszcze lubię…? Mamę, kota, przyjaciół, jpop, dramy, żonkile, bezczelnie drogie perfumy, glany, żółty kolor, gofry… czekajcie, czekajcie, to nie ta bajka, nie ta spowiedź. „If only one, just one prayer could be granted, what would I pray for?” I’d pray for a dream. Chciałabym mieć marzenie. Chociażby głupie. Małe i nierealne. Chciałabym móc uczepić się tego, mieć do czego dążyć, starać się, czemu się poświęcić. Czy to nie głupie zazdrościć bohaterom z dramy? Może i głupie, ale na swój sposób, cząstką siebie nienawidzę ich za marzenia, za ich determinację. Szczyt mojego wysiłku to wstanie, ubranie się i umalowanie przed zajęciami. Czasem nawet pracę domową zrobię. Myślę sobie – chcę zdać maturę i dostać się na studia. Kłopot w tym, że nie wiem po co. Dlaczego człowiek chce studiować? Zarabianie na chleb, to dla mnie kiepski motor napędowy. Celu w życiu nie mam. Ambitna jestem, ale moje przebłyski ambicji są niesprecyzowane i nie mają konkretnego ukierunkowania. Głos w mojej głowie szepcze mi o tym, że nie mogę zawieźć niczyich oczekiwań. Matko, to niewyobrażalne jak piekielnie się tego boję. ALE nie należę do tych szczęśliwców, których strach motywuje do działania. Jak się boję, to się cofam. Nie mam woli, by przełamać bariery, pokazać na co mnie stać. Najgorsze jest to, że w tym serialu nikt nie miał wygórowanych pragnień. For Yamapi’s sake, Maki-chan chciała być uniwersytecką idolką! A mi się marzy kubek herbaty, ale jestem za leniwa co by wstać i sobie zrobić. Po raz kolejny uderzyło mnie też to, jak bardzo jestem niedojrzała. Może moja terapeutka ma pieprzoną rację mówiąc, że przeżywam spóźniony okres dojrzewania. Kiedyś ją strzelę za ten tekst, ale kto wie czy nie ma racji? A żeby było śmieszniej, nawet jeśli coś mnie skłoni, aby w to uwierzyć, nie przestanę patrzeć na swoich rówieśników (nienawidzę tego słowa, jest takie… podręcznikowe) z góry i uważać większość z nich za żałosne dzieci i niedorozwoje. Taka jestem urocza. Inna bajka, że przez Sakuragi’ego zderzyłam się ze stertą prawd, których przyjęcie do wiadomości nie wchodzi w moim przypadku w grę. Szczerze, lubię faceta. Tak samo mocno jak go nienawidzę. Swoją drogą taki głupi serialik, a ile mądrych sentencji w nim padło… *wzdech* Rozumiem, że Sakuragi w wielu przypadkach miał rację. Jego realizm był godny podziwu, a i znajomość mechanizmów, na jakich opiera się ludzka psychika była imponująca. Ale mój idealizm nigdy nie pozwoli mi ich zaakceptować. O, akurat adekwatnie mi się przypomniała moja terapeutka, kręcąca głową na moje skłonności do popadania w stan zwany potocznie Syndromem Matki Teresy. Zastrzelić się można, bo tylko taką siebie szanuję. Sama nie wiem do czego w tym wszystkim zmierzam. W mojej głowie to było takie poukładane, oczywiste, przejrzyste. W notatniku robi się zagmatwane, bezsensowne, co gorsza – przykre, puste i żałosne. Pisanie i mówienie o problemach zawsze takie jest. Myślisz, że ci ulży, ale nie – poczujesz sie tylko gorzej, że nazywasz takie śmieci ze swojej dolnej, górnej albo środkowe, pod lub nad świadomości problemami.
Co do wspomnianej „Cudzoziemki”, to książka póki co mi się podoba. Nie wiem jakim cudem już prawie połowa minęła, a Róża dopiero chyba z godzinę w mieszkaniu Marty siedzi, ale – - – jak to się mówi, BYWA.
Kolejny cytat na dziś „you’re such a bad fan. your idol is not pleased.” Idolka mi tak napisała w PMce~*^_______^* Czy to nie piękne? Musiałam to tu wkleić, żeby sobie upamiętnić. Oczywiście jeszcze to wydrukuję i sobie gdzieś wkleję, w statusie już pół dnia miałam, ale… czy coś mogłoby mnie uczynić szczęśliwszą? Matko, piszczeć mi się chce. Dobra, ktoś już mnie wziął za debila..? To nic, to naprawdę nic. Jeśli chodzi o nią, to śmiejcie się, miejcie mnie za idiotkę, guzik mnie to, póki mam choć ksztę wiary, że ona mnie lubi. Mało tej wiary, bo mało, ale ważne, że jest. Wolałabym nie mieć obsesji na jej punkcie, wolałabym być wolna od tej chorej paranoi, która toczy mnie od momentu, kiedy ją poznałam, ale nie jestem. Paranoja objawia się tym, że myślę o niej o każdej porze dnia i nocy (jak jem śniadanie, jak z kimś gadam, na lekcjach, na zakupach, przed telewizorem, przed snem), na abakę wchodzę jak na paluszkach, pocztę sprawdzam regularnie co pół godziny góra, wariuję, jeśli nie ma od niej PMki, to dostaję depresji i choroby sierocej (z tym pierwszym nie żartuję *rollseyes*), stresuję się każdym zdaniem, które jej wysyłam i które dostaję w odpowiedzi, a nawet moja terapeutka uznała już, że moja huśtawka nastrojów z ostatnich tygodni (czytaj – albo snuję się po mieszkaniu z miną zmaltretowaną, nieszczęśliwą i zgnębioną, albo dla odmiany szczerzę się jak debil i oczka mi się świecą ilekroć wypowiadam jej imię – matkochybamiodbija), to niewątpliwie jej zasługa. Gdyby mi tego nie uświadomiła, to dalej bym się zastanawiała dlaczego w każdej kolejnej notce na LJu jako mood mam ochotę wpisać „cheerful”. Bo jestem cheerful i hyper i cała w skowronkach do momentu, kiedy nie dopadnie mnie moja niska samoocena i inne diabły. Moje kompleksy rosną przy niej do monstrualnych rozmiarów, nie myślę trzeźwo, nie umiem się kontrolować i sama siebie przerażam, a jak to teraz piszę, to mi się ręce trzęsą, ale… Dobrze mi z tym. Dobrze mi z paranoją, depresją, dobrze mi z postępującym uzależnieniem, dobrze mi z faktem, że patrzę na nią jak w obrazek i zamiast obserwować i cieszyć się z normalizacji naszych reakcji, to… jakiej w ogóle normalizacji? To się jeszcze bardziej do góry nogami przewraca. A propos mojej terapeutki. Ona chyba naprawdę nie rozumiem podstawy na jakiej bazuję nazywając moją idolkę ideałem… Dla niej istotne jest to, że nie wiem ile ona ma lat i co robi, że o tym skąd jest dowiedziałam się niecałe dwa tygodnie temu. A dla mnie… Czy ja u diabła muszę mieć takie pojęcie ideału jak wszyscy? W ogólnie przyjętym tego słowa znaczeniu ideał to twór bez wad, twór nierealny. Dla mnie… dla mnie każdy ma swój ideał. Nawet nie musi mieć jednego. Ideał to ktoś kogo kochamy bezwarunkowo, kogo podziwiamy, szanujemy, kto w jakiś sposób jest dla nas wzorem. To może być przyjaciel, ktoś kogo kochamy, idol… Zawsze mi się wydawało, że fuu w podobny sposób widzi swojego Kazuyę. I że to…naturalne. Nie, ja nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, że ona ma jakieś wady. Nie znam ich i mnie one nie interesują. To, że je odkryję nic nie zmieni. Po co moja terapeutka próbowała mi udowodnić, że z biegiem czasu moje podejście się zmieni? Znużę się, to i tamto zacznie mnie irytować, jak w starym małżeństwie. Jakby na siłę chciała coś mi zepsuć, zabić. Zdrowszy byłby dla mnie umiar, normalność, stabilizacja moich uczuć. Zdrowiej byłoby ją traktować jak koleżankę, nie stresować się po dwóch dniach, że już więcej mi nie odpisze, że musiałam napisać coś, co uznała za bzdurę, że zrobiłam z siebie idiotkę, że mnie wyśmieje. Pewnie tak. Ale jestem niczym od jakiegoś cholernego narkotyku uzależniona od tego stresu, czekania, sprawdzania poczty, jej strony, od motyli w żołądku. Śmieszne, ale czuję się, jakbym była zakochana. Nie jestem, bo…. ee…. Ździebko to oczywiste, że nie jestem, ale tak się czuję. I kocham ten stan. Za nic go nie zamienię na inny.
Przy okazji uzależnień od ludzi…. Od fuu też jestem uzależniona. Adekwatny wydaje mi się sławetny tekst mojej mamy o tym, że „jak ja będę miała chłopaka, to pół dnia bez niego nie przeżyję” (co zwykle kwitowałam stwierdzeniem, że prędzej umrę, jak będę jakiegoś debila znosiła częściej niż raz na tydzień). Cóż, chłopaka nie mam, mój mąż ma kochanka i chyba mu z tym dobrze, ale wiem, że nie przeszkadzałoby mi spotykanie się codziennie. Bo ja się rozstajemy, to od razu mam ochotę wysłać SMSa, jak wracam do domu, to siąść na gadu… Maaaa, taki ze mnie rzep i czekam aż fuu będzie miała tego dość i mnie odda do schroniska. Tak, wiem, że mnie kopnie za to, że to piszę. Oh well… Nie byłaby pierwsza. Ugh, idę się kopnąć.
ALE. Ja wcale złego nastroju nie mam. Naprawdę. Jak na moje standardy, to dobrze jest. Jestem radosną kulką energii, a że co chwila mam ochotę się rozryczeć, to jeszcze o niczym nie świadczy. Źle by było, gdybym radosna nie była wcale. Ale sem, sem, sem, sem. Jestem radosna chociażby dlatego, że tata doładował mi komórkę, a ja wciąż nie mogę się nadziwić, że owa komórka zajmuje połowę mojej torebki xD Vivat phone strapy~ Ah, a zakończenie Dragon Sakury… Z jednej strony bardzo dobre, z drugiej… trzeba było sobie wybrać inną ukochaną bohaterkę. Chociaż… co mi tam, MAKI-CHAN SAIKOU! *_____* Kto mi kupi jej gumeczki do włosów? Jej komórkę? Jej tipsy? Kto mi kupie Maki-chan? XDD *fangirls* Naprawdę muszę wrócić do oglądania Aijou Ippon. Bo bez Saeko umrę na niedobór słodyczy. Szkoda tylko, że tam jest jej mało. Ale w parze z Ayayą to jest zabójcza mieszanka kjutnessu *___* Umieram, matko, sama myśl mnie zabija *____* Maki-chan, Maki-chan, Maki-chan~~~~

lay

6 komentarzy

Aya Matsuura – I LOVE YOU no tsuzuki
EDIT: gomen, ale dopiero wieczorem zauwazylam, ze ucielo mi kawalek notki ze srodka. Dokleilam to ^___^;

Taka trochę notka na szybko, bo layout mi się zmienił. Znaczy, nie sam, ja go zmieniłam XD I w sumie… żal mi poprzedniego! Bo co by nie mówić – idealny nie był, ale śliczny jak najbardziej. Um, mówiłam fuu ostatnio, że mi się moje grafiki podobają, jak są z wybitnie ładnymi fotkami… So true. Ten jest za to taki genki i niemal wiosenny, nie? Akurat dziś strasznie ładnie słonko świeci, tylko zimno jest, więc może nie do końca wiosennie, ale prawie. I na layoucie są całe Kandzianie *^^* Tak, ja naprawdę nie mogłam się zdecydować z kim chcę grafikę. Myślałam, żeby może z moimi ulubionymi pairingami, ale w efekcie wolałam z K8. Jeśli wymyślę jak można zrobić sobie w innym stylu laya, ale żeby można było elegancko wstawić kilka fot, to bym sobie mogła zrobić z moimi ulubionymi modelkami~ Generalnie naszło mnie jakoś na ciapanie grafik. Ikonki, tapety… właśnie, muszę zrobić kilka na konkurs. Mogliby już ogłosić kiedy jest ten II etap. Oczywiście wiem, że ja mogłabym się już za to zabrać, nawet na jedną mam już piki wybrane, ale żeby wiedzieć jak ona miałaby wyglądać, to nie ma tak dobrze, oj, nie ma. I w sumie ściągnęłam z jpopmusic genialną nową sesję Lee Hyori i też zastanawiałam się czy by jej nie wykorzystać, bo dziewczyna wygląda świetnie, ale też jakoś weny nie mam na to JAK. A propos Hyolee. Jej nowy album jest super *_* Co prawda jej ballady nudzą, ale szybkie kawałki dziewczyna ma niezłe. Get Ya’ jest na tyle dobre, że nie chce mi zejść z playlisty, wbiło się w nią pazurkami i trzyma. A nie lubię tego, jak słucham kilku piosenek na raz, sfazuję się, a do przesłuchania milion rzeczy w kolejce czeka. Ot, choćby nowe albumy Crystal Kay, Soulhead’a, Takahashi Hitomi. Leń ze mnie parchaty.
Dobra, jesteśmy już przy muzyce… Najlepszą rzeczą jaka mnie ostatnia spotkała jest LJowy komjunit starych Johnny’sów. Dżeneralnie to typ ze mnie taki, który nie lubi nie wiedzieć. Niewiedza mnie gniecie, podżera, szczypie i wnerwia jak diabli. Żyć z nią w zgodzie nie mogę. A dowiedzieć wielu rzeczy nigdy nie miała się gdzie. Natomiast teraz mam gdzie pławić się w wiedzy zarówno teoretycznej, jak i praktycznej. Czyli czytać mogę i ściągać. I cieszy mnie to niezmiernie. Mimo że wolałabym mieć jeszcze więcej do czytania. W ogóle czemu nikt nie porwie się na napisanie 10-tomowej encyklopedii Johnny’s gdzieś tak jeden tomik w rozmiarze PWN-owskiego? No, nie dam wiary, że nie dałoby się tylu stron zapełnić tekstem. Skoro ja bym mogła tyle przefangirlować, to ktoś na pewno mógłby i dwa razy tyle mądrych rzeczy napisać! Wzbogacanie się o stuff też mi jednak nie przeszkadza, broń Yamapi. Już mam trochę starych albumów i w tej chwili właśnie odsłuchuję Besta Go Hiromi’ego. Tak, właśnie, wyczaiłam wreszcie kim jest tajemniczy facet z FNSa! :D To właśnie on! XD Wiedziałam, że musiałam go skądś kojarzyć. Ale niezmiernie ciężko mi uwierzyć, że on ma…50 lat @_@ Dobra, może hot to ona nie jest, nie będę się w niego wgapiać jak w Macchi’ego, ale….50?! XD Japończycy to jednak dziwny naród… Ostatnio ciągle zaliczam glebę za glebą ilekroć dowiem się ile ktoś ma lat. Najfajniejsze jednak jest w tym wszystkim to, że…stara muzyka is love *_* Mam w tej chwili na kompie chyba 3 wersje Andalucia ni Akogarete i zaprawdę powiadam, że współczuję ignorantom, którzy nie lubią oldies’ów tylko dlatego, że to muzyka z czasów dziwnych fryzur i jakości gorszej niż HDTV albo podniecają się tym tylko dlatego, że śpiewały to Kattuny. Sama lubię ich wykonanie, w końcu w ich wersji usłyszałam to najpierw i bardzo się w tej piosence zakochałam (potem dopiero w jakimś MSie z flashakami), ale to nie wykonawca świadczy o piosence. Ostatnio bardzo podoba mi się wersja z Tribute’a wykonywana przez Higashiyamę, Tsubasę, Koichiego i Akasakę *o* A poza tym, Macchi jest bardziej hot niż ciul xP Ah, Higashiyama! Ktoś wrzucił live’a z MSa, na którym wykonywał z chibi!Ryo (z moich wyliczeń… jako że były tam H!Powe szufelki z lata 2000, to Ryo miał wtedy 16 lat XD eh, taki słodki 12-latek XD W ogóle zachowywał się rozkosznie i muszę powiedzieć, że… niewiele się w tym zachowaniu zmienił XD Teraz też ma takie reakcje, jak ktoś do niego mówi i okazuje się, że on jest myślami gdzieś daleko ^^) Secret Agent Man. Obok wspomnianej Andalucii to też jedna z moich najukochańszych piosenek, I love it to pieces, a ten live był… *SPAZM* To trzeba zobaczyć. Anyway, doszłam do wniosku, że chociaż mam kupę marzeń związanych z Johnny’sowymi i w ogóle popowymi zakupami, to oryginalny singiel do SAM jest chyba moim największym. I najbardziej nierealnym, bo dostanie limitowanego singielka, który wykupiony został już lata temu jest jednak niewątpliwie średnio możliwe. Już prędzej kupię sobie wszystkie ulubione gravure’owe photobooki (właśnie, chce mi ktoś kupić A Place In The Sun Miho Yoshioki? Bo ten cholerny PB w genialny sposób udowadnia, że gravure i sztuka nie muszę się ze sobą wymijać *___*) Heh, no i takim sposobem spragnione wiedzy me zapoznaje się z tym kramem i obawia się, że niedługo może przekroczyć limit ulubionych artystów, których jeden człowiek powinien posiadać, bo jak do tego dorzucić moją stosunkowo świeżą jeszcze fascynację j-urbanem… xD
Miałam w tej notce napisać o fuu… Bo jak nie wiedziałam o czym napisać, to mi powiedziała, że mam o niej. Więc na dzisiejszym polskim miała o Schulzu (Sklepy Cynamonowe i te klimaty). A przy okazji Schulza było o Freudzie, sadomaso, mężczyznach zdominowanych przez kobiety, dewiacjach seksualnych, fobiach, kompleksach, gejowskiej literaturze i prawdziwej naturze człowieka… I było też o tym, że człowiek kiedy jest pijany, to ma wyłączonego autocenzura i jest wtedy najbardziej szczery i mówi zawsze to co myśli, nie zastanawiając się nad tym. To by wiele wyjaśniało, dlaczego me tak uwielbia z fuu gadać, kiedy fuu jest pijane


  • RSS